Wsiadłam na Lucyfera i nie oglądając się za siebie ruszyłam na przód. To był mój pierwszy dzień tutaj, a ja zawsze nie znosiłam być tą nową. Zazwyczaj jestem bardzo otwarta ale jednak... Co jeśli do końca moich dni spędzonych tutaj jedyną żywą istotą, do której się odezwę będzie mój koń?
Starając się o tym nie myśleć zanurzyłam dłonie w grzywie Lucyfera i zamknęłam oczy. Po wzięciu głębokiego wdechu i wypuszczeniu powietrza ponownie je otworzyłam.
Przede mną rozpościerał się już zupełnie inny widok niż chwilę temu. Słońce wiszące nisko na niebie, wysoka trawa i pełen powalonych pni las. Było to idealne miejsce zarówno na przejażdżkę jak i trening. Lucas chyba pomyślał o tym samym, bo bez mojego polecenia pobiegł w stronę drzew i już po chwili skakał nad wszelkimi przeszkodami, które znalazły się na jego drodze.
Po kilku minutach dotarliśmy na skraj rzeki. Koń zawrócił i wziął rozbieg, a następnie z gracją przeskoczył strumień. Nie obyło się oczywiście bez złośliwości z jego strony. Gdy tylko dotknął kopytami ziemi zaczął wierzgać jak szalony zrzucając mnie ze swojego grzbietu. Lądując na trawie zauważyłam, że zadowolony z siebie ogier pędzi w głąb lasu znikając za drzewami. Wstałam i otrzepawszy się z ziemi zaczęłam wołać:
- Lucyfer to nie jest śmieszne!
Ale mój koń miał chyba na ten temat inne zdanie, bo wciąż nie zamierzał wyjść z kryjówki. Błądząc wśród zarośli zaczęłam poszukiwanie swojego rumaka gdy nagle usłyszałam jakieś odgłosy dochodzące zza pobliskich drzew.
Axel? Sonaya?